Bożonarodzeniowe cocktailowanie czyli opowieść o smakach, które wracają do nas co rok.
17 gru
Bożonarodzeniowe cocktailowanie czyli opowieść o smakach, które wracają do nas co rok. Tradycja, historia i aromaty, które nosimy w sercu od dzieciństwa.
Zanim pojawi się choinka, zanim stół przykryje się białym obrusem, zanim gdzieś w tle zabrzmi pierwsza kolęda — święta zaczynają się w zapachu.
Wystarczy cienki plaster pomarańczy nadziany goździkami, by dom nagle przypomniał sobie wszystkie grudnie, jakie przeżył przez lata.
Wystarczy odrobina cynamonu w powietrzu, by człowiek zatrzymał się, choćby na chwilę, i pomyślał: „już niedługo…”.
Świąteczne cocktaile są częścią tego rytuału.
Nie pojawiły się ani przypadkiem, ani znienacka.
To echo dawnych zwyczajów, wspólnych stołów i wieczorów spędzanych przy kominku.
To kontynuacja tradycji, której fundament jest prosty:
święta to czas, w którym chcemy czuć więcej, mocniej i głębiej.
Dlatego zimowe drinki pachną wszystkim tym, co w grudniu najważniejsze — ciepłem, bliskością, obietnicą spokojniejszych dni.
I dlatego wracają co roku, tak jak wracają wspomnienia, których nie da się unieważnić czasem.
1. Skąd wzięła się tradycja świątecznych drinków?
Choć dzisiejsze cocktaile są eleganckie, dopracowane, finezyjne, ich początki były zupełnie inne.
W czasach, gdy zima była surowym przeciwnikiem, a ludzie bali się ciemności, zimna i chorób, alkohol był… sprzymierzeńcem.
Rozgrzewał, koił, poprawiał nastrój. A kiedy zaczęto łączyć go z przyprawami, miodem czy owocami, narodziła się tradycja, która nigdy już nie zniknęła.
W Europie poncze i grzańce podawano w misach, wokół których gromadziła się rodzina.
W Ameryce kolonialnej powstawały pierwsze jajeczne napoje na rumie.
A kiedy pojawiły się cytrusy i lukratywne przyprawy z Indii, święta zaczęły pachnieć tak, jak pachną dzisiaj.
2. Dlaczego te smaki tak mocno kojarzą się ze świętami?
To nie przypadek, że w grudniu życie smakuje inaczej.
Święta mają własny alfabet aromatów, który od pokoleń zapisuje się w naszej pamięci:
pomarańcza, cynamon, wanilia, goździk, gałka muszkatołowa, suszone owoce, miód, orzechy.
Te aromaty są jak klucze do wspomnień.
Uruchamiają w nas coś, co trudno nazwać, a co wszyscy znamy, delikatny ucisk w sercu, tęsknotę, ciepło.
Wystarczy cynamon, by wrócić do kuchni babci.
Wystarczy zapach grzańca, by przenieść się na jarmark bożonarodzeniowy sprzed lat.
Wystarczy pomarańcza, by przypomnieć sobie dziecięce prezenty te najskromniejsze, a przez to najcenniejsze.
Świąteczne cocktaile nie są tylko o smaku.
One są o pamięci.
3. Cocktail w świątecznym kinie.
Kino nauczyło nas, że święta to również scena przy barze.
"Kevin sam w Nowym Jorku" i święta w świecie marmuru, złota i hotelowego cocktailu.
Są świąteczne filmy, które po prostu się ogląda.
I jest „Kevin sam w Nowym Jorku” film, który się przeżywa.
To nie jest tylko historia chłopca, który przypadkowo trafia do jednego z najbardziej luksusowych hoteli świata.
To opowieść o tym, jak wygląda Boże Narodzenie z perspektywy marzenia.
A marzenie Kevina pachnie nowojorskimi ulicami, karuzelami w Central Parku i elegancją hotelowego baru.
Hotel Plaza w latach 90. był synonimem luksusu.
W tym miejscu boże narodzenie nie było świętem było spektaklem.
Złote zdobienia, marmurowe posadzki, kryształowe żyrandole, a pomiędzy nimi chłopiec, który mimo strachu i samotności czuje, że znalazł się w centrum świata. I właśnie w hotelu Plaza cocktail odgrywa swoją cichą, ale znaczącą rolę.
To tutaj pije się Manhattany, klasyczne Martini, a obsługa nosi je z biało-rękawiczkową elegancją, jakby każdy kieliszek niósł w sobie obietnicę Nowego Jorku. W tle pojawia się również Donald Trump w krótkiej, ale symbolicznej scenie. Trump, właściciel hotelu w czasie kręcenia filmu, wskazuje Kevinowi drogę w holu. Dziś ta scena jest jedną z najbardziej ikonicznych w historii popkultury. Dlaczego?
Bo łączy świat wielkich pieniędzy, polityki, świątecznej magii i niewinności chłopca, który szuka drogi dosłownie i metaforycznie.
Co ciekawe, klimat Plaza Hotelu sprawił, że na całym świecie zaczęto kojarzyć święta nie tylko z rodziną, ale i z elegancją, luksusem, miejskim blaskiem.
A cocktail stał się częścią tej wizji.
W skrócie: „Kevin sam w Nowym Jorku” nie tylko pokazał luksus, on go zdefiniował.
To film, który nauczył nas, że nawet w wielkim świecie, wśród bogactwa i blichtru, człowieka najbardziej rozgrzewa nie drink, lecz poczucie, że ktoś na niego czeka.
"Szklana pułapka" i whisky, która stała się symbolem świątecznej samotności.
„Szklana pułapka” to paradoks. Film akcji, wybuchy, terroryści, Bruce Willis skaczący po wentylacjach i nagle… Boże Narodzenie.
Nikt nie kojarzyłby tej historii ze świętami, gdyby nie drobiazgi:
- choinka w biurze,
- świąteczne dekoracje,
- wieczór wigilijny,
- emocjonalna atmosfera, która niepostrzeżenie oplata cały film.
I właśnie w tej scenerii pojawia się drink, który całkiem nieoczekiwanie stał się jednym z najbardziej symbolicznych alkoholi świątecznego kina.
Whisky Johna McClane’a. To nie jest whisky glamour, jak w Plaza Hotelu. To nie jest whisky celebracyjna. To nie jest nawet whisky na rozluźnienie przy kominku. To jest whisky zmęczonego mężczyzny, który jedyne, czego pragnie, to wrócić do rodziny. Whisky w rękach człowieka, który czuje, że cały świat mu się wymyka. Whisky jako próba zebrania myśli przed największą walką w życiu.
W jednej z pierwszych scen McClane stoi samotnie, popija łyk, w tle pobłyskują świąteczne dekoracje, a my czujemy, że to nie jest zwykły napój.
To SYMBOL!!!!
- symbol męskości nadszarpniętej życiem.
- symbol zmęczenia.
- symbol wigilijnej samotności człowieka, który chciałby być gdzie indziej przy stole, wśród bliskich, a nie w wieżowcu opanowanym przez terrorystów.
I dlatego whisky w „Szklanej pułapce” stała się świąteczna.
Nie dlatego, że jest wigilijna, ale dlatego, że jest prawdziwa.
Bo święta to nie tylko radość, to także tęsknota za tym, czego nie mamy.
Za ludźmi, którzy są daleko.
Za chwilami, które przeminęły.
W filmie, w którym wszystko wybucha, whisky jest jedyną rzeczą, która trzyma Johna przy ziemi.
To jego cichy towarzysz taki, jakiego wielu ludzi wybiera w grudniu, kiedy noc jest długa, a emocje głębsze niż zwykle.
I może właśnie dlatego „Szklana pułapka” stała się świątecznym klasykiem.
Bo prawda jest taka, że w święta każdy z nas ma w sobie trochę Johna McClane’a!
"Holiday" i Cranberry Martini, które podbiło świat!
„Holiday” z 2006 roku to film, który w wielu domach stał się stałym elementem grudniowych wieczorów.
Grają w nim Kate Winslet i Cameron Diaz dwie kobiety, które zamieniają się domami na czas świąt, uciekając od złamanych serc i szukając nowego początku. To właśnie w tym filmie pojawia się Cranberry Martini, drink, który dzięki jednej scenie stał się globalnym symbolem eleganckiego, zimowego cocktailu. Cameron Diaz (jako Amanda Woods), siedząc wieczorem w angielskim domu Iris (Kate Winslet), zamawia - w stylu pewnej kobiety sukcesu, która potrzebuje wytchnienia - eleganckie Martini z żurawiną. Na ekranie trwa tylko krótką chwilę, ale to wystarczyło, aby żurawina stała się „modą” na całą zimę. Dlaczego ta scena działa? Bo jest esencją świątecznej samotności i świątecznej potrzeby ciepła:
- kobieta,
- piękny dom,
- śnieg za oknem,
- w dłoni kieliszek wypełniony czerwienią zimowych owoców.
Od tego momentu Cranberry Martini, wcześniej znane, ale nie aż tak popularne, zaczęło pojawiać się w tysiącach barów na całym świecie jako „the Holiday drink”. To magia kina. Jedna scena, jeden kieliszek — i cały świat nagle chce pić to samo.
"Witaj, święty Mikołaju" Chevy Chase i spektakularny Eggnog!
W filmie „Witaj, święty Mikołaju!”, z niezawodnym Chevym Chasem, cocktail staje się elementem chaosu, humoru i prawdziwej świątecznej atmosfery.
Choć film słynie przede wszystkim z absurdalnych przygód rodziny Griswold, to jedna scena zapada w pamięć szczególnie mocno:
Chevy Chase z kubkiem Eggnog w dłoni, pijący go w sposób, który łączy zmęczenie, nadzieję i komiczny absurd.
To Eggnog kinowy w swojej najczystszej formie:
- trochę przesadzony,
- trochę nieporadny, ale absolutnie świąteczny.
Eggnog w tym filmie spełnia tę samą rolę, jaką często pełni w realnym życiu:
- rozgrzewa,
- koi nerwy,
- pozwala na chwilę oddechu,
- przede wszystkim przywołuje tradycję coś znajomego w świecie, który czasem wariuje.
Chevy Chase, z tą charakterystyczną miną człowieka, który już widział wszystko, a i tak sięga po kolejny łyk, stworzył scenę, która zapisała się w świątecznej popkulturze.
To Eggnogg ludzki, pełen ironii i ciepła jednocześnie dokładnie taki, jaki kochamy w grudniu.
"To wspaniałe życie" – bar Martini’s i świąteczne trunki, które ratują człowieka w najciemniejszą noc.
„To wspaniałe życie” Franka Capry to film, który każdy powinien obejrzeć przynajmniej raz w grudniu.
Nie dlatego, że jest klasykiem, ale dlatego, że mówi o czymś, o czym w święta zapominamy o wartości człowieka, który sam przestaje ją widzieć.
W kluczowej scenie George Bailey (James Stewart), zmęczony losem, przychodzi do Martini’s Bar.
Nie po to, by się upić ale po to, żeby znaleźć choć odrobinę ciepła.
Za oknem noc, w środku gwar, a na ladzie stoją klasyczne zimowe trunki: poncz, grzane mieszanki, gorące napoje z przyprawami, które Ameryka pije od pokoleń. To nie są przypadkowe rekwizyty.
W latach 40. poncz był symbolem wspólnoty, napojem, którym dzielono się z każdym, kto przyszedł do domu.
Grzane trunki były z kolei „domowym lekarstwem” na zimę: rozgrzewały ciało, ale przede wszystkim koiły nerwy i dawały poczucie bezpieczeństwa.
W barze Martini’s dzieje się coś ważniejszego niż podanie drinka.
Widz dostaje komunikat:
nawet w najgorszym momencie człowiek nie jest sam, dopóki jest miejsce, w którym ktoś naleje mu czegoś ciepłego i zapyta, czy wszystko w porządku.
To dlatego scena ta od lat jest uważana za jedną z najpiękniejszych barowych scen w świątecznym kinie. Nie chodzi o alkohol.
Chodzi o gest, o chwilę oddechu, o rozmowę z drugim człowiekiem. I może właśnie dlatego „To wspaniałe życie” pozostaje filmem, który wraca do nas co grudzień tak jak wracają zapachy świąt i smaki, które pamiętamy z dzieciństwa.
Dlaczego sceny z cocktailami działają tak mocno?
Bo cocktail w filmach świątecznych nie jest rekwizytem.
Jest symbolem.
Symbol czego?
- samotności (jak u Cameron Diaz).
- zmęczenia (jak u Cheviego Chase’a).
- celebracji i luksusu (jak w hotelu Plaza w Kevinie).
- pragnienia spokoju (jak whisky Bruce’a Willisa).
- nadziei na nowe otwarcie (jak w „To wspaniałe życie”).
Świąteczny cocktail w kinie działa jak most łączy widza z bohaterem, bo wszyscy w grudniu tęsknimy za tym samym:
- ciepłem,
- bliskością,
- chwilą dla siebie.
4. Smaki, które definiują święta
Święta to teatr smaków.
Każdy aromat odgrywa swoją rolę:
Cytrusy – symbol światła w najciemniejszym czasie roku.
Przyprawy korzenne – tajemnica Orientu, odświętne i ciepłe.
Miód – smak tradycji i dostatku.
Wanilia i orzechy – echo rodzinnych wypieków.
Suszone owoce – zimowy zapas, który zamienia się w smak pełen nostalgii.
Te aromaty powracają w cocktailach, bo wracają w naszej pamięci.
To smaki grudnia, których nie potrzebujemy o żadnej innej porze roku.
5. Świąteczne klasyki, które pijemy od pokoleń!
Eggnog – napój, który przeszedł przez trzy stulecia.
Historia Eggnoggjest jak opowieść wigilijna.
Narodził się w Anglii, gdzie dawny napój „posset”, mieszanka mleka, jaj i alkoholu podawano jako lekarstwo na zimę.
Gdy przetransportowano go do Ameryki, rum stał się jego sercem.
Pili go prezydenci, aktorzy, arystokraci i zwykli ludzie.
Eggnog był symbolem gościnności – robiono go w ogromnych miskach, by starczyło dla wszystkich.
To nie był drink.
To był gest.
Receptura:
4 żółtka
400 ml mleka
100 ml śmietanki
100 ml bourbonu lub rumu
50 g cukru
gałka muszkatołowa
Przygotowanie:
Utrzyj żółtka z cukrem. Podgrzej mleko. Połącz. Dodaj alkohol i śmietankę. Schłódź.
Podawaj posypane gałką muszkatołową.
Tom & Jerry – świąteczny klasyk sprzed epoki elektryczności.
Pojawił się w XIX wieku i od razu przyjął formę rytuału.
Podawano go tylko zimą, często jedynie w Wigilię.
Każda rodzina miała swój przepis, a świąteczna misa z Tom & Jerry stała na środku stołu jak symbol wspólnoty.
Ten napój był niczym ciepły koc, otulał smakiem, rozgrzewał, uspokajał.
Receptura:
2 jajka
rum
brandy
cukier
wanilia
gorące mleko
Przygotowanie:
Ubij żółtka z cukrem i wanilią. Ubij białka. Połącz. Wlej alkohol, zalej gorącym mlekiem.
Hot Toddy – lek na zimę, przyjaciel świąt.
Hot Toddy narodził się w Szkocji.
Początkowo był lekarstwem.
Podawano go przeziębionym, ale szybko okazało się, że działa również na zmęczoną duszę.
Jego ciepło jest inne niż to z herbaty.
To ciepło, które wypełnia człowieka od środka i mówi: „odpocznij”.
Receptura:
whisky
miód
cytryna
goździki
gorąca woda
Przygotowanie:
Zalej składniki gorącą wodą, pozwól aromatom połączyć się w jedną opowieść.
Grzane wino – europejska esencja Bożego Narodzenia!
Znali je starożytni Rzymianie, kochali średniowieczni mnisi, a współcześnie pije je cała Europa zimą.
Grzane wino to najbardziej dostępny, najbardziej demokratyczny, najbardziej „ludzki” świąteczny napój.
To smak jarmarków, rozmów z przyjaciółmi, spacerów po rynku, pierwszego śniegu.
Receptura:
czerwone wino
pomarańcza
cynamon
goździki
miód
Przygotowanie:
Podgrzej na małym ogniu, nie dopuszczając do wrzenia.
Zakończenie. Pamiętaj o tym, że święta nie są w kalendarzu, lecz w naszych wspomnieniach!
Święta nie są datą.
Nie są choinką, prezentami, zakupami ani nawet kolacją.
Święta zaczynają się wtedy, gdy człowiek poczuje w powietrzu coś znajomego.
- Zapach pomarańczy, cynamonu, kawałka piernika.
- Odrobinę wanilii na skórze dłoni po pieczeniu ciasta.
Czasem wystarczy łyk gorącego napoju, by wrócić do miejsca, którego już nie ma, ale które nadal mieszka w naszych sercach.
- Do kuchni, gdzie mama kroiła makowiec.
- Do salonu dziadków, gdzie telewizor grał „Kevina”, a my śmialiśmy się tak głośno, że aż bolał brzuch.
- Do momentu, gdy ktoś jeszcze był obok, a dziś możemy jedynie podnieść za niego toast.
Świąteczny cocktail nie jest alkoholem!!!
- Jest listem do przeszłości.
- Listem pisanym zapachem goździka i cynamonu, ciepłem rumu, słodyczą miodu.
Może właśnie dlatego tak bardzo czekamy na grudzień.
Bo grudzień pozwala nam znowu poczuć, że w ciągu roku zgubiliśmy coś ważnego a święta dają szansę to odzyskać.
I jeśli jeden dobrze przygotowany cocktail może sprawić, że przez chwilę znów poczujemy się jak dzieci, które wierzyły w magię to znaczy, że warto go przygotować.
Choćby po to, by pamiętać, że świat potrafi być ciepły, jeśli my pozwolimy mu taki być!
Sprawdź naszą ofertę i zorganizuj wyjątkowe wydarzenie
Odkryj nasze wyjątkowe usługi organizacji wydarzeń, które sprawią, że Twoje imprezy będą niezapomniane i pełne smaku!
Przeglądaj inne artykuły
8 wrz
„Nie wiem, co lubię”. 10 pytań, po których dobry barman znajdzie Twój idealny cocktail. Część III.
Twój cocktailowy profil. Jaki smak naprawdę jest Twój? Po dziesięciu pytaniach wiemy już o Twoim smaku całkiem sporo. Być może więcej, niż wiedzieliśmy po pytaniu: „Jaki jest Twój ulubiony alkohol?” Bo dobry cocktail nie zaczyna się od butelki, zaczyna się od człowieka! Od tego, czy lubisz gorycz espresso. Czy zapach rozmarynu jest dla Ciebie przyjemnością, czy przeszkodą. Czy wybierasz cytrynę, mango, deser czy sery. Czy podczas podróży szukasz znajomych smaków, czy pierwszego wieczoru zamawiasz coś, czego nazwy nawet nie potrafisz wymówić. Właśnie z takich drobiazgów powstaje cocktailowy profil. Nie traktuj jednak poniższych sześciu typów jak sztywnych kategorii osobowości. Nie są horoskopem i nie mówią, kim jesteś. Mają zrobić coś znacznie bardziej praktycznego: pomóc Ci znaleźć kierunek, w którym warto szukać. Bo możliwe, że przez lata zamawiałeś nie te cocktaile, które najbardziej odpowiadają Twojemu smakowi. A być może przeciwnie. Od dawna instynktownie wybierasz dokładnie to, co pasuje do Ciebie najlepiej. Sprawdźmy.
3 wrz
„Nie wiem, co lubię”. 10 pytań, po których dobry barman znajdzie Twój idealny cocktail. Część II.
Czy zdarzyło Ci się kiedyś wypić cocktail i nagle pomyśleć: „Znam ten zapach…” Może przypomniały Ci się wakacje, dom rodzinny, święta lub pierwsza randka. A może mały bar gdzieś nad morzem, albo drink wypity wiele lat temu, którego nazwy już nawet nie pamiętasz?! W drugiej części pójdziemy o krok dalej! Bo okazuje się, że cocktail wybieramy nie tylko językiem. Wybieramy go również nosem, pamięcią, emocjami, nastrojem i sytuacją, w której właśnie się znajdujemy. Sprawdzimy, dlaczego ten sam cocktail na wakacjach potrafi smakować lepiej niż po powrocie do domu, dlaczego jeden zapach może natychmiast przenieść nas o kilkanaście lat wstecz i dlaczego pytanie: „Jaki cocktail pamiętasz najlepiej w swoim życiu?”, może powiedzieć barmanowi o Twoim smaku więcej niż cała karta alkoholi. A później złożymy wszystkie odpowiedzi razem i sprawdzimy, do którego z sześciu cocktailowych profili jest Ci najbliżej. Bo być może nadal nie znasz nazwy swojego idealnego cocktailu. Ale po pierwszej części jesteśmy już znacznie bliżej odpowiedzi!
3 wrz
„Nie wiem, co lubię”. 10 pytań, po których dobry barman znajdzie Twój idealny cocktail. Część I.
Najtrudniejsze pytanie przy barze. Siadasz przy barze, przed Tobą karta a w niej dwadzieścia cocktaili. Niektóre nazwy coś Ci mówią. Inne brzmią jak tytuły filmów, których nigdy nie widziałeś. Przy każdym kilka składników: mezcal, cordial, shrub, bitter, vermouth, falernum, amaro, infuzja, jakiś syrop, którego nazwy nawet nie próbujesz wymawiać. Czytasz pierwszą pozycję.... drugą i piątą. Wracasz do pierwszej. I nadal nie masz pojęcia, czego właściwie chcesz. Wtedy pojawia się barman .... Co podać? I odpowiadasz zdaniem, które barmani na całym świecie słyszą prawdopodobnie tysiące razy: nie wiem. Zdaję się na Ciebie. A chwilę później dodajesz: zrób mi coś dobrego. I tutaj zaczyna się problem. Bo... co właściwie znaczy „dobre”? Dla jednej osoby będzie to świeże Daiquiri. Dla drugiej gorzkie Negroni. Ktoś inny zakocha się w Espresso Martini. Jeszcze ktoś uzna wszystkie trzy za absolutnie niezdatne do picia i poprosi o coś owocowego, lekkiego i delikatnie słodkiego a każda z tych osób ma rację. Bo smak nie jest egzaminem. Nie istnieje komisja, która po wypiciu Negroni wręczy Ci certyfikat „dojrzałego cocktailowo człowieka”. Nie musisz lubić whisky. Nie musisz rozumieć fenomenu Martini i nie musisz zachwycać się mezcalem tylko dlatego, że pół cocktailowego świata właśnie się nim fascynuje. I absolutnie nie musisz przepraszać barmana za to, że lubisz słodkie cocktaile. Masz lubić to, co pijesz. Tylko najpierw trzeba odkryć, co właściwie lubisz. I właśnie tutaj zaczyna się prawdziwa sztuka pracy barmana.
30 lip
Cocktaile i wakacyjne romanse — dlaczego lato pachnie limonką?
Lato ma swój zapach. I bardzo często jest nim limonka. Każdy z nas ma takie wspomnienie. Wieczór, którego nie planował. Ciepłe powietrze. Otwarte okna. Dźwięk szkła stykającego się z lodem. Muzyka, która nie przeszkadza, tylko delikatnie wypełnia przestrzeń. Rozmowa z kimś, kogo jeszcze godzinę wcześniej nie znaliśmy. I gdzieś pomiędzy pierwszym uśmiechem a ostatnim łykiem cocktailu pojawia się to charakterystyczne uczucie. Że świat nagle zwolnił. Że jutro może poczekać. Że ten wieczór jest dokładnie tam, gdzie powinien być. To niezwykłe, ale większość naszych najpiękniejszych wakacyjnych wspomnień nie zaczyna się od wielkich atrakcji turystycznych. Nie od muzeów. Nie od plaż. Nie od zabytków. Zaczyna się od ludzi. Od przypadkowych spotkań. Od rozmowy. A nierzadko od baru, który przypadkiem znaleźliśmy, a który po kilku godzinach wydaje się miejscem znanym od lat. Psychologowie od dawna wiedzą, że człowiek nie zapamiętuje przede wszystkim miejsc ale zapamiętuje emocje. To właśnie dlatego po latach nie pamiętamy numeru hotelowego pokoju ani nazwy uliczki, przy której jedliśmy kolację. Pamiętamy natomiast smak pierwszej Margarity wypitej w małym barze gdzieś na Majorce. Pamiętamy zapach mięty unoszący się nad Mojito na kubańskiej promenadzie. Pamiętamy bąbelki French 75 wypitego podczas zachodu słońca we włoskiej Ligurii. Smak staje się kotwicą wspomnień. Jednym łykiem potrafi przenieść nas o wiele lat wstecz. Ale dlaczego właśnie lato? Dlaczego wakacje mają tak niezwykłą moc tworzenia relacji, które czasem trwają kilka godzin, a czasem całe życie? Dlaczego właśnie podczas urlopu ludzie częściej flirtują, częściej rozmawiają z nieznajomymi i częściej pozwalają sobie na spontaniczność? I co wspólnego z tym wszystkim mają... cocktaile? To wcale nie jest przypadek. Psychologia ma na to bardzo konkretne odpowiedzi. Bo wakacje zmieniają nie tylko miejsce, w którym jesteśmy. Zmieniają również sposób, w jaki pracuje nasz mózg. Zmieniają nasze decyzje i nasze emocje. A nawet... nasze poczucie atrakcyjności. I właśnie dlatego lato od dziesięcioleci stało się naturalnym środowiskiem flirtu. Nie dlatego, że ludzie nagle stają się inni. Tylko dlatego, że na chwilę przestają być tymi, którymi muszą być przez pozostałą część roku.